Z przyjemnością informujemy, że polska reporterka i eseistka bierze udział w projekcie citybooks. Będzie pisała o dwóch belgijskich miastach Hasselt i Genk.
Poniżej znajdziecie zapiski z jej pobytu
Miłej lektury

Sobota

Niemal dwa lata mieszkałam w Bukareszcie, a tymczasem belgijski Hasselt to nie Rumunia ani Polska, Hasselt to nie Ploiesti ani Ostrołęka. Hasselt to jakby Niemcy zaprzęgli do roboty Szwedów i pod życzliwym patronatem Belgii, z błogosławieństwem Mango i BoConcept stworzyli przestrzeń do gry Monopol DeLux. W Hasselt Bóg malował elewacje, a Jezus kładł kostkę brukową. Hasselt osiągnęło doskonałość.
Nie przyjechałam do Hasselt z innego miasta, ani z innego kraju, przyjechałam z innej galaktyki. Wizytowałam trzydzieści krajów Europy, lecz nigdzie nie czułam tak mocno kontrastu między Europą Zachodnią a Wschodnią. Wiecie, co przeciętny Polak myśli o prowincji? To, co słynny polski poeta Andrzej Bursa: "Mam w dupie małe miasteczka". Przeciętny Polak tak myśli, bo udało mu się wydostać z prowincji i osiąść w dużym mieście.
A przeciętny Belg mieszka w Nibylandii, gdzie każdy krzew jest wystrzyżony, każdy trawnik dopieszczony, każdy centymetr chodnika zagospodarowany. Patrzę na te chodniki. Prowincjonalna Polska jest zbudowana z kostki Bauma, prowincjonalna Belgia – z granitu.
Zapijam polskie kompleksy kawą w lokalnej knajpie. Przy płaceniu kelner oszukuje mnie na 1 euro, ale myślę sobie – nic to, nieważne, pomyliło mu się. Idę do sklepu, kupuję butelkę wody za 3 euro, przyglądam jej się. Na pewno 3 euro? Pytam młodego sprzedawcę. Na pewno. Na drugi dzień, w podobnym sklepie, kupuję identyczną wodę za 72 eurocenty. Podając drobne uśmiechniętej kasjerce, przypominam sobie wczorajsze, nerwowe spojrzenie sprzedawcy.
A więc jednak nie jestem w Nibylandii. Gdzieś tutaj, pod tymi wystrzyżonymi trawnikami, pod tym idealnie równym, granitowym chodnikiem rozciąga się sieć podwodnych żył, sieć rys i pęknięć.

Niedziela
Czy widziała pani jelenia?
Potrzebowałam chwili do namysłu. Owszem, powiedziałam, widziałam jelenia, kiedy zbliżałam się do parku, mignął mi przed oczami jeleń.
Wtedy mawet mnie to nie zdziwiło, pomyślałam – Europa Zachodnia, mają fanaberie, to hodują sobie w parku jelenie. My hodujemy całkiem przeciętne wiewiórki i nie narzekamy.
Więc zobaczywszy w oddali przebiegającego jelenia, usiadłam na ławce i dopiero po chwili zdziwiłam się, widząc zajeżdżający obok radiowóz. Młody policjant odsłonił szybę i wyjrzał przez okno.
Czy widziała pani jelenia?
Owszem, odpowiedziałam.
To był bardzo przerażony jeleń, chciałam dodać, ale policjanci nacisnęli pedał gazu i już ich nie było.
Poczułam smutek, tak jakbym przez chwilę zrozumiała strach jelenia, nielegalnego jelenia ściganego przez belgijską policję.

Niedziela wieczorem
Czytam w internecie forum Polaków mieszkających w Belgii. Ktoś pisze o tym, że Belgowie mają wysoki wskaźnik samobójstw.
Zastanawia mnie to.
Szukam w internecie szczegółowych statystyk. Faktycznie, Flandria ma najwyższy wskaźnik samobójstw w Europie wśród młodych mężczyzn w wieku 18-26 lat.
Dlaczego młodzi Belgowie na tak dużą skalę chcą przenieść się z Nibylandii na tamten świat?
Kto mi odpowie na to pytanie? Chodzę po uładzonym, beznamiętnym Hasselt i przez chwilę ogarnia mnie beznadzieja. Jestem łowcą, tylko zwierzyny brak. Po chwili dostrzegam młodego hipstera z brodą, on może być historią, myślę, i zaczynam sunąć za nim. Jestem ciekawa, gdzie mnie zaprowadzi. Hipster krąży uliczkami, człapie w znoszonych trampkach, aż w końcu siada w ogródku eleganckiej knajpy, gdzie na wygodnych poduszkach czekają na niego równie hipsterscy znajomi. Nie takiego miejsca oczekiwałam. Idę łowić dalej.

Poniedziałek
Dlaczego młodzi Belgowie tak się garną do śmierci?
Nie wiem, wzrusza ramionami Laura.
Laura jest organizatorką mojego pobytu w Hasselt, spotykam się z nią na kawie.
Może to kwestia presji... Tu wszyscy wywierają na młodych presję – mówi Laura. Dwóch moich znajomych popełniło samobójstwo. Nie przeczuwałam, że mogą się zabić, ale nie byłam zaskoczona, kiedy to zrobili.
To paradoks, mówię.
Tak, kiwa głową Laura. Ale tak właśnie było. Był w nich jakichś smutek, jakieś poczucie końca. Nie wiem jak to wytłumaczyć.
Laura musi wracać do pracy, a ja zostaję z pytaniami w głowie.

Wtorek
Młodzi Belgowie są uczeni strachu, mówi Michiel, którego spotykam w lokalnej bibliotece. Wszędzie strach, przeczucie schyłku i końca. Przeświadczenie, że zaraz wszystko się zawali. Politycy próbują wzbudzić w nas strach i przekonianie, ze bez nich wszystko się zaraz zawali. Najpierw Belgia, a potem nasze życie. Że stracimy to, co mamy. Nie ma dla Belga straszniejszej myśli niż to, że może stracić swój murowany dom, przystrzyżony trawnik i piękny samochód. Jesteśmy przyuczani, by się bać, tresowani xdo strachu.
Michiel jest ateistą, socjalistą i idealistą. Z wykształcenia filozofem. Mówi, ze Belgia powinna otworzyć się na mniejszości, bo Belgowie nie potrafią dzielić się tym, co mają ze słabszymi. Michiel przypomina mi postać z jakiejś książki. Ale jakiej? Jest łagodny, otwarty i ciągle mówi o nierównościach społecznych. Może to "Idiota" Dostojewskiego?
Michiel nie czytał "Idioty", ale chce nadrobić. Każda osoba, którą spotkasz, zostawi w tobie jakiś ślad – mówi na do widzenia.

Środa
Zakotwiczam się przy kontuarze Irish Pubu w Hasselt, i już po chwili tłumaczę Benowi, który siedzi obok, po co tu przyszłam – szukam opowieści.
I Ben ma dla mnie opowieść. Przez trzynaście lat był inżynierem bezpieczeństwa na kolei. To znaczy że, między innymi, zbierał ciała samobójców i ofiar wypadków z torów kolejowych. Potem zastanawiał się, co zrobić, by wypadków było mniej. Mniej niż tak dużo... Przez 13 lat widział 400 nieszczęśliwych wypadków, połowa z nich to robota samobójców.
Można się do tego przyzwyczaić, mówi Ben po chwili. Wychowywałem się na farmie, od dzieciństwa znam zapach mięsa. Martwy człowiek śmierdzi tak samo jak martwa świnia albo krowa. Krew ta sama, białko to samo, więc i mięso to samo. Wielu ludzi rzuca tę robotę, bo nie są w stanie znieść zapachu. Jakbyś wchodziła do rzeźni. Ale, po jakimś czasie, idzie się przyzwyczaić.
Wznosimy toast za życie.

Czwartek
Chodzę po cmentarzach w Hasselt, od krypt i grobowców po studnie na popiół i zieloną trawę, gdzie rozsiewa się prochy. Oto sto lat socjologicznych przemian Europy Zachodniej – od rozległych grobów z aniołami i podobiznami dzieci, po prochy w powietrzu. Śmierć miała kiedyś postać i formę, teraz zamieniła się w nicość, w powiew wiatru i ziemię.
Moja matka miała obsesję, że zostanie pochowana żywcem, mówi Inge, która pracuje w bibliotece w Hasselt. Błagała, sprawdźcie pięć razy, a potem skremujcie. Jej urna jest we wnęce. To najbardziej praktyczne rozwiązanie.
Czy dzięki temu mniej boicie się śmierci?
Inge zastanawia się chwilę.
Nie... Właściwie, chyba boimy się jeszcze bardziej.

Piątek
W ramach badań terenowych udaję się na lokalny festiwal muzyki rockowej. Wszyscy dookoła twierdzą, że Belgowie są bardzo zamkniętym narodem, ale po tygodniu życia w Hasselt nie mogę przejść ulicą, żeby się z kimś nie witać, do kogoś nie pomachać, nie pójść z kimś na kawę. Na koncercie - nowych znajomych tłum. I tak kwękam do Bena, że to poniekąd niełatwe, zagajać obce osoby i pytać ich o samobójstwa. A on: Jak niełatwe? Łatwe, patrz! I zaczepia dziewczynę, która właśnie przechodzi obok: Hej, moja koleżanka pisze o samobójstwach we Flandrii, znasz kogoś, kto się zabił? Dziewczyna patrzy na nas i mówi z uśmiechem: Mój najlepszy przyjaciel powiesił się miesiąc temu. Patrzymy na nią wmurowani. Dziewczyna nie przestaje się uśmiechać.

Sobota
Ostatnie chwile w Hasselt, siedzę na ławce obok kościoła i czytam książkę. Po chwili dosiada się belgijska rodzina, schludna, jasnowłosa, sympatyczna. Matka cały czas strofuje dzieci, żeby nie mówiły głośno i mi nie przeszkadzały.
Godzinę później siedzę już w autobusie do Genk. Obok smukła, smutna Hinduska, dalej para obrażonych na siebie Palestyńczyków i na tyle autobusu zgraja tureckich dzieci, które walą się po głowie. Jak spod ziemi rozlega się chropowaty, arabski hiphop, który ktoś serwuje podróżnym z telefonu.

Poniedziałek
Leje się z nieba woda, która zalewa pustkę. Hasselt to starannie wytyczony okrąg wypełniony ludźmi, Genk to wąski sznurek jednej, wyludłej ulicy, po której hula wiatr. Gdzie ja znajdę człowieka?

Środa
Dosiadam się do Marie w lokalnej kawiarni, i od razu zauważam jej płomiennorude włosy, jakby zaraz miały się z nich sypać iskry. Opowiadam jej o mojej bezradności w Genk.
Genk to zupełnie inne miasto niż Hasselt – tłumaczy Marie. - I w ogóle inne niż pozostałe miasta Belgii. Genk należy do mniejszości, które przyjeżdżały tu z całego świata, żeby pracować w kopalniach. Polacy, Włosi, Rumuni, Turcy.... Zresztą spójrz na mnie, mój ojciec jest Irlandczykiem, a matka Niemką.
To jakiej ty jesteś narodowości? Pytam.
Jestem z Genk – śmieje się Marie. Moja tożsamość to miasto Genk. O Belgach mówi się, że rodzą się z cegłą w brzuchu, to znaczy zawsze chcą żyć tam, gdzie się urodzili, żyć i zbudować dom. Nie lubią się przemieszczać, pewnie przez tę cegłę. Ja urodziłam się w Genk i gdziekolwiek nie pojadę, zawsze będę mówić, że jestem z Genk.

Krótka notka o autorce
Warszawa, Bukareszt, Lizbona, Ryga – to tylko niektóre z miast drogich Małgorzacie Rejmer (Polska, 1985), zarówno jeżeli chodzi o literaturę, jak i prawdziwe życie. Po debiutanckiej „Toksymii”, powieści złożonej z opowiadań, czytelnicy oczekiwali kontynuacji tej groteskowej prozy, jednak autorka zdecydowała się na literaturę faktu i zamiast stworzyć kolejne „studium osobliwości” napisała książkę na temat miejsca. „Bukareszt, kurz i krew” udowodnił, że Małgorzata Rejmer jest wspaniałą reporterką i eseistką. Rumuńska stolica widziana jej oczami nie wygląda już jak „Paryż Bloku Wschodniego”, staje się „jak wrzątek albo kipiel, wzburzony i zmętniały”, „jest jak ciastko kupowane w niedzielę, niby czekoladowe i słodkie, ale z gorzką polewą.” Za książkę otrzymała nagrodę im. Teresy Torańskiej przyznawaną przez Newsweek, została także nominowana do Paszportów Polityki.

74_122.jpg